This text is replaced by the Flash movie.
piątek, 3 wrzesnia 2010 roku


prof. Zyta Gilowska: „Celem rządu jest dotrwanie do wyborów prezydenckich”
2009-11-19

Rozmowa z prof.Zytą Gilowską opublikowana na łamach "Gazety Polskiej"


Teresa Wójcik: Wyraźnie widać, że jedynym celem polityki gospodarczej rządu premiera Donalda Tuska jest pilnowanie niskiego deficytu budżetowego wobec malejących dochodów budżetu. Czy to dobry cel w warunkach kryzysu gospodarczego?

prof. Zyta Gilowska: Sądzę, że celem rządu, w tym także jego polityki gospodarczej, jest dotrwanie do wyborów prezydenckich. Rządzący myśleli, że to będzie łatwe, na kryzys niespecjalnie się oglądali. Po wyborach wygranych przez PO stan finansów państwa był dobry, wzrost gospodarczy wysoki, liderzy PO przypuszczali, że spadki - jeśli nastąpią - będą łagodne, skutecznie amortyzowane krajowym popytem konsumpcyjnym. Dlatego wiosną 2008 r, gdy kryzys rozwijał się jak wachlarz (najpierw na rynkach kredytów hipotecznych w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, potem w USA, doprowadzając do upadku bank Bear Stearns), obecny rząd - z własnej gorliwości, przez nikogo nieponaglany - oficjalnie poinformował Brukselę o zmianie prognoz przyszłorocznych deficytów finansów publicznych na bardziej optymistyczne. Podkreślam - na bardziej optymistyczne niż prognozy sporządzone przez poprzedni rząd w październiku 2007 r., kiedy tempo wzrostu gospodarczego przekraczało 7 proc. PKB. Ten fakt najlepiej świadczy, że wiosną 2008 r. rządzący oceniali perspektywy wybitnie kolorowo i poważniejszych kłopotów się nie spodziewali. Ta erupcja optymizmu zdezorientowała komisarza Unii Europejskiej Joachima Almunię do tego stopnia, że zwracał się do dziennikarzy z pytaniem: „Co się stało, co się stało?". A stało się banalnie -jedni sformułowali księżycowe prognozy, a inni wzięli je za dobrą monetę. Obecnie rząd postanowił ograniczyć swój urzędowy optymizm do forsowania tezy o konieczności zachowania niskiego deficytu budżetowego. Tymczasem ten deficyt nie jest ani taki ważny, ani niski. Jako kategoria praktyczna deficyt budżetowy został w Polsce kompletnie zmistyfikowany. Prostolinijne podejście typu „deficytem budżetowym jest nadwyżka planowanych wydatków z budżetu państwa nad prognozowanymi dochodami budżetu państwa” jest mało przydatne. Faktyczny deficyt budżetowy został na kilka sposobów poszatkowany i poukrywany do tego stopnia, że utracił sens poznawczy. Ale nawet ten kawałek deficytu, który „widać", jest wysoki i będzie coraz wyższy. Wcale nie jest „pilnowany", zresztą podobnie jak obecnie żaden składnik naszych finansów publicznych. Obawiam się, że nasze finanse publiczne tracą sterowność.

T.W.: Jaki jest więc obecny stan polskich finansów publicznych?

Z.G.: Polskie finanse publiczne są po prostu zdewastowane. Przejawia się to w takich wynalazkach jak: „przerzucamy wydatki na budowę dróg do Krajowego Funduszu Drogowego i niech sobie Bank Gospodarstwa Krajowego pożyczy na ten cel, ile tam trzeba, np. 20 mld zł rocznie” albo typu „tworzymy sobie drugi budżet o nazwie »budżet środków europejskich” i deficytu tego drugiego budżetu nie wliczamy do deficytu budżetu państwa”. Dewastacja treści przejawia się w zaniku rzetelnej informacji o faktycznych rozmiarach rocznych i skumulowanych niedoborów w finansach publicznych. Takie roczne niedobory to właśnie deficyty, natomiast niedobory skumulowane tworzą państwowy dług publiczny.

Nastąpiła też dewastacja odpowiedzialności za stan finansów publicznych. W normalnych warunkach rynkowych budżet państwa pełni w finansach publicznych rolę instytucji ostatniej szansy, jest zwornikiem finansów publicznych, tak jak bank centralny sektora bankowego. Wtedy też jest jasne, na czym polega konstytucyjna odpowiedzialność rządu, w tym ministra finansów, za stan finansów publicznych danego państwa. Tę konstytucyjną, ustrojową odpowiedzialność można zmierzyć na kilka sposobów, np. współczynnikiem konsolidacji finansów publicznych, tj. stosunkiem deficytu budżetu państwa do deficytu całego sektora finansów publicznych. Obrazuje on jak na dłoni, czy finanse są skonsolidowane, sterowne i kontrolowane, czy też przeciwnie. Oczywiście, deficyt budżetu państwa z definicji obrazuje tylko część niedoborów dochodów w stosunku do planowanych wydatków, ponieważ decentralizacja wyłącza budżety jednostek samorządu terytorialnego. Ale także ta decentralizacja musi być prowadzona z głową i nie może wymuszać na samorządach nadmiernego zadłużania się, co się zdarza coraz częściej. Im współczynnik konsolidacji finansów publicznych jest wyższy, tym lepiej, tym finanse publiczne są lepiej „pilnowane”. Współczynnik dla obecnej dekady był najlepszy w 2002 r., kiedy wyniósł 0,97 (odpowiednio 39,4 mld zł i 40,5 mld zł) oraz w 2007 r., gdy wyniósł 0,72 (odpowiednio 15,9 mld zł i 22,1 mld zł). W 2002 r. finanse były w dużo gorszym stanie niż w 2007 r., ale kontrolowano je dobrze. Ostatnio natomiast mamy do czynienia z dramatycznym pęknięciem - współczynnik konsolidacji zmalał do 0,32 (odpowiednio 27,2 mld zł i 84,8 mld zł). To jest po prostu rozpad, dewastacja odpowiedzialności.

T.W.: Z tego wynika, że rząd PO-PSL stara się wypychać wydatki budżetowe poza budżet? Jakie będą tego konsekwencje? A może to dobre wyjście, bo ogranicza cięcia wydatków budżetowych?

Z.G.: Z ekonomicznego punktu widzenia takie wypychanie nie ma żadnego sensu, przecież te wydatki pozostają, ktoś je realizuje, pożycza pieniądze, na ogół zresztą pożycza drożej, niż pożyczyłby minister finansów. A skutki negatywne są ogromne. Dewastacja urządzeń państwowych, a takim skomplikowanym urządzeniem są finanse publiczne, jest zawsze szkodliwa i demoralizująca. Nie wierzę, by obywatele doszli do wniosku, że jak się schowa główkę pod za krótką kołderkę, to reszty nie widać. Wypychanie wydatków poza budżet nie ma nic wspólnego z cięciami, cięć zresztą też nie zauważyłam. Ale rząd kombinuje propagandowo jeszcze ostrzej. Nie tylko wypycha wydatki poza budżet, ale następnie dzieli pomniejszony budżet na dwa niby-budżety - budżet państwa jako ten budżet „prawdziwy, do pokazywania” oraz przycupnięty obok budżet środków europejskich jako swoista narośl, taka huba drzewna. Rząd wmawia opinii publicznej, że jest oszczędny, podczas gdy na 2010 r. planuje wzrost wydatków o ponad 22 mld zł, w tym w dziale „administracja publiczna” o prawie 700 min zł i na dotacje w dziale „ochrona zdrowia” o ponad 2 mld zł! Nie bardzo da się wytłumaczyć, dlaczego rząd aż tak się uparł, by oddzielić środki europejskie (poprzedni rząd po ciężkiej batalii włączył te środki do budżetu państwa z początkiem 2007 r.), skoro nie potrafi ich poprawnie rozdzielić między zainteresowanych i ponad połowę zapisał w rezerwie. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie o skutki takiej twórczości rządu, ponieważ dotychczas nikt w Polsce po 1989 r. aż tak zuchwale sobie nie poczynał.

T.W.: Minister finansów Jan Rostowski podobno bada możliwość zawieszenia na dwa lata drugiego progu ostrożności zadłużenia finansów publicznych - na poziomie 55 proc. PKB w relacji długu do tego PKB. Czy to dobry pomysł?

Z.G.: Nie, to zły pomysł. Nasi kontrahenci - wierzyciele, inwestorzy, banki - oceniając nasz standing, uwzględniają fakt, że dość ostro normujemy w ustawodawstwie krajowym niebezpieczeństwo nadmiernego zadłużania. Na pewno te przepisy poprawiają wszelkie szacunki naszej wiarygodności finansowej i oceny naszego kraju jako dobrego miejsca do lokowania kapitałów. Pomysły, by część przepisów zawiesić, są po prostu infantylne. W minionych dwudziestu latach nasze państwo tylko raz pozwoliło sobie na większe matactwo, gdy w 2004 r. transfery z budżetu państwa do Otwartych Funduszy Emerytalnych zostały wpisane niejako zwykłe wydatki, którymi w istocie są, lecz jako rozchody, niewliczane do rachunku deficytu budżetu państwa. Ale ówczesny rząd miał cichą zgodę Komisji Europejskiej, bo chodziło o nasze wejście do UE. No i ustalił z Komisją formalny pretekst - Komisja zgodziła się, byśmy w latach 2004–2006 traktowali OFE jako część sektora finansów publicznych. To była bzdura, która teraz odbija się nam czkawką - a także bomba podłożona pod następców (wyłonionych w wyborach 2005 r.). No i jedyny przypadek jawnego kombinowania z przepisami prawa i klasyfikacją wydatków publicznych.

T.W.: A jeśli realna stanie się groźba, że w 2010 r. dojdzie do przekroczenia 55-proc. granicy zadłużenia PKB?

Z.G.: Ta groźba jest bardzo realna, już obecnie łączna kwota państwowego długu publicznego przekroczyła pierwszy próg, tj. 50 proc. PKB. Dystans do drugiego progu, czyli do 55 proc. PKB, wynosi ok. 67 mld zł, czyli dużo mniej niż obecna koalicja pożyczyła w ciągu minionych 12 miesięcy (100 mld zł).

Przekroczenie drugiego progu w połowie następnego roku jest po prostu pewne. Jednak osiągnięcie tej granicy nie jest zdarzeniem nagłym i gwałtownym. Najpierw musi zostać urzędowo uznane, co wymaga oficjalnych szacunków GUS, które są przedstawiane dopiero wiosną następnego roku budżetowego. Następnie fakt przekroczenia drugiego progu musi być oficjalnie ogłoszony przez ministra finansów w dorocznym komunikacie w „Monitorze Polskim”. Dopiero wówczas ów fakt mocno ogranicza swobodę przy projektowaniu kolejnej ustawy budżetowej. W obecnych realiach byłby to projekt ustawy budżetowej na 2011 r. A zatem nic nie działoby się nagle, mielibyśmy czas na zastanowienie się i wyciągnięcie wniosków.

T.W.: Co byłoby lepsze: większy deficyt w budżecie na 2010 r. czy dalsze ukryte obciążanie finansów publicznych? A może lepiej zreformować szybko wydatki budżetowe?

Z.G.: Najlepsza jest prawda. Skonsolidowane finanse publiczne, deficyty powyciągane z zakamarków, kąty wysprzątane, długi uczciwie policzone, obywatele rzetelnie poinformowani, politycy z głowami posypanymi popiołem. Dopiero wtedy można debatować o terapii. Czy Polacy tego oczekują, nie wiem.

T.W.: Pojawił się wspólny projekt ministrów finansów i pracy, aby ratując budżet przed zwiększeniem dotacji na bieżące wydatki emerytalne ZUS, obniżyć poziom składki odprowadzanej do Otwartych Funduszy Emerytalnych z 7,3 do ok. 3 proc. Czy to jest dobre rozwiązanie?

Z.G.: Sporo racji ma ekonomista dr Bogusław Grabowski, twierdząc, że jest to „demontaż reformy emerytalnej robiony w niecnym celu”. Ta reforma jest w ogóle dosyć pechowa. Najpierw padła ofiarą wspomnianej już kombinacji, by podretuszować stan sektora finansów publicznych i na trzy lata włączyć OFE do tego sektora. Byłam temu mocno przeciwna, ponieważ uważałam i nadal uważam, że OFE gromadzą prywatne środki obywateli, o czym świadczy choćby brak gwarancji wielkości wypłat przez skarb państwa (na razie te wypłaty są żenująco niskie - obecnie wypłaca się w ramach OFE ok. 100 świadczeń w średniej kwocie 56 zł miesięcznie) . Potem doszło feralne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który - rzekomo w obronie ubezpieczonych - stwierdził, że w jakimś sensie są to jednak środki publiczne. No i mamy za swoje. To, co było celem reformy - składanie przez obywateli na indywidualnych kontach ich własnych wpłat na poczet przyszłej emerytury - na zasadzie „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” - stało się pretekstem do skoku na te pieniądze. Przecież to nonport sens. Gdyby skarb państwa był w stanie w przyszłości gwarantować tzw. godziwą emeryturę, to byśmy nigdy żadnej reformy nie robili, bo i po co zmieniać coś, co działa dobrze. Zatem wtrącanie się rządu do środków należnych OFE pod hasłem „lepiej zaopiekujemy się tymi pieniędzmi" jest wręcz komiczne, bo co jak co, ale ten rodzaj państwowej opieki Polacy przetestowali bardzo dokładnie.

T.W.: Pojawiły się też propozycje innych rozwiązań ratujących budżet, a pośrednio stan finansów publicznych. Np. zwiększenie obciążeń fiskalnych, zwłaszcza podatków. Czy takie rozwiązania jednak nie pogłębią kryzysu gospodarczego w Polsce?

Z.G.: Nie każde zwiększanie podatków przynosi wzrost dochodów publicznych. Obecnie raczej nie przyniesie. Rząd o tym wie, dlatego do wzrostu podatków się nie pali. W warunkach kryzysu należy chuchać i dmuchać na dwie kategorie - popyt konsumpcyjny oraz inwestycje, zwłaszcza zagraniczne. Na trzeci komponent wzrostu - eksmaleje - mamy najmniejszy wpływ, chociaż i tu rząd może sporo popsuć, np. ofertami obligacji zagranicznych, których skala może prowadzić do aprecjacji polskiej waluty, a przez to spadku opłacalności naszego eksportu. Obecnie najważniejsze jest przynajmniej hamowanie wzrostu bezrobocia. Bo gdy nie
liczba miejsc pracy i nie spada wolumen wynagrodzeń, to utrzymuje się popyt konsumpcyjny i przedsiębiorcy dostrzegają powody do ryzykowania swoich środków w inwestycjach powiększających zdolności wytwórcze. Na razie w Polsce dominują tendencje niekorzystne - bezrobocie rośnie, dynamika konsumpcji gaśnie, rentowność małych i średnich firm maleje, niewykorzystywany majątek wzrasta, zapał inwestycyjny słabnie, a szara strefa ma się coraz lepiej. Ta strefa do pewnego stopnia jest potrzebna jako amortyzator, ale stała się na tyle silna, że najwyższy czas, by ją przystrzyc. Do tego służą stosowne instrumenty podatkowe, których używanie wymaga odwagi, siły i konsekwencji. Teoretycznie wiadomo, jak zacząć taką batalię.

T.W.: Dlaczego rząd tak kurczowo broni się przed zwiększeniem deficytu, czy chodzi wciąż o szybkie wejście do korytarza przystąpienia do strefy euro? A może to jednak byłoby dobre dla naszej gospodarki, choć premier i minister finansów przestali mówić o euro?

Z.G.: To pozornie tajemnicza sprawa. W strefie euro nas obecnie nie chcą. Mają własne kłopoty i wiedzą, jak nieustabilizowana jest nasza kondycja. Korytarz do euro, czyli system ERMII, nie jest nam do niczego potrzebny. Ryzyko wchodzenia do korytarza z wysokim deficytem sektora finansów publicznych i rosnącym długiem jest duże i wcale niewydumane. Raczej nie o euro chodzi rządowi, gdy tak usilnie liftinguje finanse publiczne. Może sprawy są prostsze niż usiłują wykoncypować analitycy? Sądzę, że chodzi tylko 0 wizerunkowe dotrwanie do wyborów prezydenckich. Uznanie przekroczenia drugiego progu ostrożnościowego w przyszłym roku jest równe nałożeniu sobie rozmaitych wędzideł w budżecie na rok 2011, a to będzie rok wyborczy.

T.W.: Rząd Tuska obiecywał wolnorynkową politykę gospodarczą. Tymczasem nakłada gorset przedsiębiorcom i zachowaniom rynkowym. Pomawiany o etatyzm PiS nie krępował gospodarki i zmniejszał obciążenia fiskalne. Czy to słuszne oceny?

Z.G.: Nie mnie oceniać, to zadanie dla wyborców. Gdy bywam oskarżana przez prorządowych gorliwców o rozmaite zaniechania - a to nadal ma miejsce - to wtedy sama sobie przypominam, że zlikwidowaliśmy trzy podatki. Od spadków 1 darowizn w obrębie najbliższej rodziny, akcyzę od samochodów sprowadzanych w ramach UE oraz akcyzę na kosmetyki. Radykalnie też zmniejszyliśmy dwie danin: PIT i składkę rentową. Deficyt trzymaliśmy mocno w ryzach, długi też. Na dzień wyborów zostawiliśmy nawet nadwyżkę. Chcieli władzy, to niech się starają. Jak mawia lud, „chciałeś rower, to pedałuj!”.


<< 2010-09 >>
PnWtŚrCzPtSbN
12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930


PiS TV Forum
Blog Wybraliśmy Dla Was
 
   
Prawo i Sprawiedliwość
Aktualności
Prawo i Sprawiedliwość

Informacje
PiS TV
Opinie
Wybraliśmy dla Was
Druga Strona Medalu
Oświadczenia
O Nas
Prawo i Sprawiedliwość

Władze Klubu
Parlamentarzyści
Dokumenty
Prosto z Parlementu
Prawo i Sprawiedliwość

Bieżące Projekty Ustaw
Komisje
Prawo i Sprawiedliwość

Sejm
Senat
PiS w Sieci
Prawo i Sprawiedliwość

YouTube.pl
Salon24.pl
Nasza-Klasa.pl
Google Picassa
sprostowania.com
Blogi
Prawo i Sprawiedliwość

Kontakt
Prawo i Sprawiedliwość

Klub Parlamentarny "Prawo i Sprawiedliwość"  |  00-902 Warszawa, ul. Wiejska 4/6/8  |  tel.: (+48) 22 694 26 39  |  faks: (+48) 22 694 26 31  |  kl0155@sejm.pl  |  www.kppis.pl


Free photos for websites - FreeDigitalPhotos.net